Po godzinie 18:00 24 czerwca natrafiliśmy na samochody policyjne w rejonie ul. Giserskiej na Szamotach. Kilka minut później nadjechały 2 samochody – patrol saperski. Obszar otoczony blokami obstawiony został policją. Patrolujący funkcjonariusze nikogo nie wpuszczali na niezabudowany obszar. Również i my musieliśmy odejść w bezpieczne miejsce. Mieszkańcy byli wielokrotnie proszeni z megafonu o odejście oraz zamknięcie drzwi balkonowych w blokach. Chodziło o znaleziony niewielkich rozmarów niewybuch.
Policja przybyła w okolice ul. Giserskiej na Szamotach już ok. godz. 13:00. Jak się okazało, na niezabudowanym placu znaleziono pocisk moździerzowy z czasów II wojny światowej – relacjonował dla nas dyżurujący z zespołu prasowego Komendy Stołecznej Policji. Dodał, że nie było potrzeby ewakuacji mieszkańców z okolicznych bloków. Takie pociski są często znajdowane na terenie Warszawy. Dzięki powiadomieniu przez policję (zgodnie z procedurami) patrolu saperskiego akcja przebiegła sprawnie.
O godz. 19:00 byliśmy na miejscu ponownie. Saperzy już zabrali z placu pocisk, by następnie zneutralizować go w bezpiecznym miejscu.
Jak dowiedzieliśmy się w Urzędzie Dzielnicy Ursus, to nie pierwszy przypadek, kiedy na terenie Szamot przy okazji licznych budów osiedli natrafiono na niewybuchy.
Pluton por. Kazimierza Jackowskiego „Torpedy”, który wrócił z Częstochowy pod Warszawę, 15 stycznia 1945 roku rozminował i ocalił od całkowitego zniszczenia Państwowe Zakłady Inżynierii w Ursusie. Warto przypomnieć przebieg tej brawurowej akcji na podstawie artykułu „Miotlarze” w Ursusie. Ostatnie akcje powstańców warszawskich
„Na początku stycznia por. „Torpeda” otrzymał informację, że niemieccy saperzy kończą prace minerskie w Ursusie, przygotowując do wysadzenia tamtejszą fabrykę. Polecił więc przeprowadzić rozpoznanie. 10 stycznia ustalono, że Niemcy zaminowali wszystkie hale produkcyjne fabryki oraz obydwa wiadukty kolejowe na trasie Włochy – Gołąbki. Liczbę saperów oszacowano na około 30. Wszyscy stacjonowali w biurowcu fabryki. „Torpeda” do wykonania zadania wyznaczył trzy grupy: dwie do rozminowania – po czterech ludzi każda – dowodzone przez Czesława Józiaka „Żelaznego” i Bonifacego Dłużniewskiego „Żmudzkiego”; trzecia, również czteroosobowa, Antoniego Olszewskiego „Wilka” ubezpieczała całą akcję. Wykonanie planu ułatwiało to, iż wszystkie grupy składały się z żołnierzy mających za sobą wiele lat pracy w ursuskiej fabryce i znających doskonale jej teren.
Nad ranem 14 stycznia wszystkie trzy grupy z por. „Torpedą” na czele bez większych problemów przeniknęły na teren fabryki i przystąpiły do realizacji zadania. Żołnierze szybko zniszczyli sieć powiązań przewodów pomiędzy poszczególnymi gniazdami ładunków wybuchowych oraz kable do odpalania tych ładunków z zapalarki elektrycznej. Okazało się, że Niemcy użyli do zaminowania fabryki całej gamy ładunków, poczynając od bomb lotniczych, granatów moździerzowych, a kończąc na materiale typowo minerskim – kostkach trotylu. W głównych halach – mechanicznej, montażu, kuźni i hartowni – ładunki wybuchowe były przymocowane do słupów konstrukcji nośnej w szachownicę. Instalacje do odpalenia ładunków biegły po estakadach, po których dawniej szły kable elektryczne do napędu maszyn i urządzeń. Jak wspomina Antoni Olszewski: „Noc była jasna, leżał śnieg, a mróz dochodził do 8 stopni. Nikt z torpedziarzy nie czuł mrozu, bo każdego ogrzewała emocja i, co tu mówić – pewien lęk – choć wiadomo było, że czuwało ubezpieczenie”. Do rana rozbrojono wszystkie ładunki i grupy wycofały się z powrotem przez fabryczny parkan.
Niemcy nie mieli już możliwości zaminowania fabryki od nowa, gdyż od południowego wschodu słychać było coraz intensywniejszy ostrzał sowieckiej artylerii, ale żołnierzom por. „Torpedy” została do wykonania jeszcze druga część zadania – rozminowanie wiaduktów nad drogą Włochy – Pruszków. Do akcji wyznaczono dwie czteroosobowe sekcje – pierwszą minerską i drugą do ubezpieczenia. Po dotarciu do pierwszego wiaduktu akowcy wdrapali się po nasypie, a stąd na belki nośne wiaduktu i na półki, na których leżały przymocowane ładunki wybuchowe. Po czterdziestu minutach ładunki zostały rozbrojone i sekcja ruszyła na drugi wiadukt – nad torami do Pruszkowa. Niestety, po przejściu około dwustu metrów, żołnierze zobaczyli idący w ich stronę niemiecki patrol. Por. „Torpeda” zmuszony był dać rozkaz odwrotu, a następnego dnia Niemcy wysadzili ten wiadukt.
Dwa dni później, 17 stycznia wieczorem, ku zdumieniu torpedziarzy, na terenie fabryki doszło do potężnego wybuchu. Okazało się, że to Sprengkomando wysadziło pozostałe po dziale kolejowym pociski. Złożone były naprzeciw odlewni żeliwa, pomiędzy ambulatorium a zasiekami na masy formierskie. Eksplozja uszkodziła odlewnię żeliwa, budynek stołówki i magazyn materiałowy, a w całej fabryce i okolicznych domach wyleciały szyby w oknach. Jednak dzięki akcji ludzi „Torpedy” ocalały główne hale fabryki.”








